czwartek, 5 października 2017

Są takie pytania na które nie ma odpowiedzi...

Pół roku starań, w końcu są! Dwie upragnione kreski na teście ciążowym, radość tak ogromna, że nie można się tą nowiną nie podzielić i tak aparat w dłoń synowi do potrzymania małe śpioszki, zdjęcie na fejsa i wiadomość poszła w świat, że RobotnaBezrobotna znów zostanie matką a później...

Marzec 2017- na długo zapadnie w mej pamięci jako najgorszy miesiąc w życiu, pierwsze USG- mina ginekologa mówi wiele ale żadne słowo nie pada po za "proszę przyjść za trzy tygodnie" ale już wiem, że nie jest dobrze, od początku czułam, że coś jest nie tak a ta wizyta obawy potwierdziła. Starałam się myśleć pozytywnie, wytrwać do tej wizyty i nie wytrwałam... najpierw plamienie, w moich oczach przerażenie, mąż w pracy, mama pociesza "nie stresuj się czasem to się zdarza" jednak z minuty na minute jest coraz gorzej, krwawienie się nasila, zaczynają się mini skurcze, nerwowe telefony do męża "wracaj szybko trzeba do szpitala" o 13 się zaczęło o 15 byłam w szpitalu, badanie, lekarz robi ze mnie idiotkę, że w żadnej ciąży nie byłam, czy na 100% jestem pewna, że było dziecko, położna daje jakąś tabletkę nie mówiąc jaką, w szoku ją połykam, karzą się położyć do łóżka, nagle skurcze się nasilają, latam co sekundę do toalety i wiem co się dzieje a dzieję się naprawdę szybko, mówię położnej a ta zbywa mnie krótkim "tak ma być", a ja doskonale wiem, że tak nie miało być lekarze nic nie chcą powiedzieć po za "trzeba być dobrej myśli, nie stresować się, wszystko będzie dobrze" ale ja wiem, że nie będzie dobrze, łzy same lecą, nasilają się kiedy widzę kolejne ciężarne przyjmowane na porodówkę a ja i trzy kobiety już nie będziemy miały w najbliższym czasie tej okazji. Przez trzy dni żaden lekarz ani położna nie chcieli mi powiedzieć wprost że poroniłam, ba! nawet nie robili mi żadnych badań po za bhcg i ciągle słyszałam "proszę czekać i odpoczywać" naprawdę myślą, że kiedy nie wiem to się nie stresuję? Szczerze? Stresowałam się bardziej, nikt nie pytał czy czegoś potrzebuję,chociażby rozmowy z psychologiem, nikt nie powiedział co mogę w tej sytuacji zrobić, byłam zdana sama na siebie... Nawet kiedy powiedziałam o konflikcie serologicznym nie chcieli mi zrobić zastrzyku, musiałam przyjechać na następny dzień po wypisie i wtedy miało się okazać czy mi dadzą ale pamiętam słowa ordynatora "a może jednak pani damy, pani młoda to żeby później nie było kłopotów". Czułam się źle, jakbym z każdą chwilą dostawała kolejne ciosy w twarz, moja psychika siadała coraz bardziej, musiałam sama wszystkie informacje wyciągać a jak się okazało i tak wszystko za późno... Teraz już wiem jakie prawa mi przysługują a wszystko za sprawą Matki prawniczki która wszystko opisała w swoim wpisie o TU, myślę że każda kobieta powinna go przeczytać, bo jeśli trafi na taki szpital jak ja, to może naprawdę się załamać przez ten brak pomocy w tak ciężkich chwilach... Najgorsze w tym wszystkim chyba było udawanie przed wszystkimi, że wszystko jest okej, przecież wiem, że wielu kobietom się to zdarza nawet nie sądziłam ile moich koleżanek to spotkało, że natura "wie co robi"... Jednak co z tego kiedy to nie przywróci do życia mojego aniołka. I ciągle w głowie mi siedzi, że byłaby to córeczka. Biję się z myślami już od połowy września, teraz miałabym moje maleństwo w rękach a tak ciągle się zastanawiam, że to może jednak moja wina...

20 komentarzy:

  1. Bardzo mocny i wartościowy wpis. Współczuję przeżytej tragedii. Dziwi postawa służby zdrowia, choć może to wynikać z ich niewiedzy w tematach psychologicznych (choć wcale tego nie tłumaczy, specyfika zawodu powinna wymagać jakiś podstaw w tej dziedzinie)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według prawa po takim przeżyciu powinni zaproponować psychologa widząc w jakim jestem stanie ale ocxywiście kogo to obchodzi...

      Usuń
    2. Według prawa po takim przeżyciu powinni zaproponować psychologa widząc w jakim jestem stanie ale ocxywiście kogo to obchodzi...

      Usuń
  2. Bardzo Ci współczuję, przeszłaś przez prawdziwe piekło

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo współczuję.
    Niestety mam to za sobą plus obumarcie ciąży w 33 tygodniu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko wspolczuje! 33tydzien o matko, nawet sobie nie moge tego wyobrazić, otrzymalas jakąs pomoc psychologiczna po tym?

      Usuń
  4. Nikt nie powinien przeżyć czegoś takiego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, nie życze tego nikomu! Nawet wrogowi...

      Usuń
  5. Rozumiem Cię dokładnie..... ja miałam opiekę dobrą, leżałam na ginekologii po operacyjnej.U mnie był 38 tydzień... Wierzę Ci że to Bardzo przeżyłaś bo inaczej się nie da.... przytuliłabym Cię bardzo mocno silna kobieto... mnie tylko zastanawia skąd takie dziwne zachowanie lekarzy.... to straszne że robią z kobiety wariatkę..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 38 tydzień, matko... moj pierwszy syn przyszedł na świat właśnie w tym terminie, nir potrafie sobie nawet wyobrazić co mogłas czuć w tak zaawansowanej ciąży :(

      Usuń
  6. Mężczyźnie ciężko zrozumieć rozmiar tragedii jaką przeżyłaś. Połączenie matki z dzieckiem jest tak mocne, że rozerwanie go skutkuje poważnymi skutkami psychologicznymi. Wspieram!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, do konca życia będzie sie to za mną ciągnąc mimo wszystko, z drugiej strony takie przeżycie pozwala mi bardziej docenić syna który jest z nami

      Usuń
  7. Wiele kobiet to przechodzi własnie tak, bez informacji i wsparcia. Dobrze, że coraz częściej poruszany jest ten temat, że odważacie się o tym pisać bo to zmienia świadomość społeczną i może pomału zmieni się również w szpitalach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrząc na to co sie obecnie dzieje, obawiam sie że zaczniemy sie cofać i zamiast lepiej będzie gorzej :(

      Usuń
  8. Ogromnie Ci współczuję straty dziecka i tego jak zostalas potraktowana...
    Przytulam wirtualnie!
    Na blogu mataja jest też wartościowy wpos o poronieniach, polecam Ci:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej dziewczyny! Łączę sie z Wami w bólu, sama straciłam dwie ciążę! Niestety ludzie nie mówią i nie chcą o tym mówić, unikają tematu. Lekarz nie potrafi wypowiedzieć słowa poronila pani, on stwierdza ze ciąży nie ma. Może Wam sie wydawać ze ta tragedia spotyka nie wiele kobiet, no cóż zbyt wiele moje drogie panie. Jest to bardzo mocne przezycie emocjonalne, ktore moze prowadzić do załamania nerwowego bądź depresji.

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo Ci współczuję:/ To prawdziwy jak gorszy cios, koszmar..Po prostu nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. Leżałam na sali z kobietą, którą również, tak jak Ty, straciła dziecko. Nie powiedzieli jej nic, sama miała się domyśleć co się stało. To jaka jest opieka w naszych szpitalach to jakaś tragedia. Nie myślą o kobietach, które są rozdarte emocjonalnie. Przecież wystraczy porozmawiać. Rozmowa dużo daje, wiem coś o tym.

    OdpowiedzUsuń
  11. Współczuję się, wiem co czujesz. Natomiast dziwi mnie to ze lekarze nie mówili co sie dzieje, to chyba podstawa.

    OdpowiedzUsuń
  12. Temat bardzo ciężki i bolesny. Faktycznie, dziewczyny które tracą dziecko, zazwyczaj są pozostawiane same sobie, a nie powinno tak być. Ja wylądowałam w szpitalu z krwotokiem w 16tyg ciąży, na następny dzień miałam mieć usuwaną ciążę. Na szczęście jeden z lekarzy przyszedł do mnie w nocy i powiedział, żebym absolutnie na nic się nie zgadzała, a on mi pomoże donosić tą ciążę. Donosiłam do 37tyg i dziś mój syn za kilkanaśnie dni obchodzi 8 lat. U mnie była szansa na ratunek, choć gdyby nie ten lekarz.... Najgorsze to właśnie trafić na nieodpowiednich lekarzy :( a pomoc psychologiczna zawsze powinna w takim momencie być!

    OdpowiedzUsuń